Cztery żywioły cz. 2

Woda w biegu porusza się linią falującą. Nieruchoma przedstawia gładkie zwierciadło. Zachwyca nas jej zdolność przyjmowania światła (rosa np.), a najpiękniejszym zjawiskiem, które wytwarza w połączeniu ze światłem, jest rzucona po nad niwy i wodospady tęcza. Czy to jako kropla, czy jako kryształ lodu podoba nam się dla swego kształtu raz kulistego, to znów krystalicznego.

Ruch falujący w lekkim biegu, świeżość i czystość, zdolność przyjmowania barwy i światła, stanowią właściwą piękność jej pojawu, jeżeli patrzymy na nią w ogromach, nie w kropli. Ruch utykający, przerywany szlamem, woda mętna itd. są brzydkimi.

Po krótce tylko wspomnę o czarodziejskiej grze barw, którą częstokroć przedstawia. Wyobraźmy sobie morze, jeziora górskie, to błękitne, to modre, to ciemno-oliwkowe, albo tak piękny, taką głębią pozorną nęcący staw wiejski! Tajemniczy urok barwy wodnej pochodzi z owego światło cienia, jaki płynie od jasnej, oświetlonej powierzchni do omroczonej magicznym półświatłem głębi dna wodnego. W górze tak jasno, w dole ciemno, mrok szary rozlewa się po toni – co znaczy to wszystko? Pyta dusza i marząco zatapia się w sobie.

Muzyka wody już nam znaną. Gdy jej nie widzimy, a tylko słyszymy, tym większe ożywienie w nas budzi.

Źródło bije ze skały, raźnie, skocznie, gwarliwie. Oto symbol płynącego rączo i swobodnie życia. Jak ono wesołe! Nadmiar jednakże ruchu może nas w pewnych wypadkach razić, ciek jednostajny gadatliwej wody znudzi wreszcie. Jest to dziecię, które przez chwilę bawi, wkrótce męczy.

Strumień ożywia i zdobi fantastycznością biegu okolicę. Rwący potok w swych tysiącznych, nagłych załomach, szydzący z każdej przeszkody, niepowstrzymany w pędzie, jest obrazem niepokoju; płynąc łagodnie, budzi uczucia błogie gładkością swego zwierciadła, w którym się niebo  i ziemia przegląda. Szerokie łoże rzeki jest obrazem wielkości. Potężna, ożywiająca ludzi, miasta, kraje łącząca siła. I dokądże dąży? Stawimy pytanie to samo,. któreśmy już zadali bystremu potokowi i źródłu wypchniętemu z cichego łona gór. Dusza ludzka daje się porwać lotnemu prądowi fal jej, które płyną ku jakiejś nieskończoności. Obudzą w nas chęć dążenia naprzód, a słabsze dusze rozmarza.

Napomknę tylko o wodospadzie, a wnet nam stanie przed oczyma potężny jego obraz z tą masą wód spienionych, z tym szumem ponuro brzmiącej fali, z tym łukiem zajętym w kształcie tęczy! Siła, polot, energia, niepokój – oto jego przymioty, budzące w duszy pokrewne uczucia. Jakże to często porównywano wieczysty spad tej grzmiącej wody z wielkim kataklizmem zniszczenia, któremu wszystko, co żyje ma ulec. Obrazie zniszczenia i nieuniknionego losu, ty jesteś także obrazem odradzającego się wiecznie życia!

Wodotrysk zachwyca swą ruchliwością, wdziękiem swych linii, grą światła, muzyką spadających kropel.

Szeroko rozlane, krystalicznie czyste przeźrocze stawu jest niby okiem, którym ziemia przygląda się błękitowi nieba. Jeżeli woda jego ciemna, budzi niepokój przepaścistością swej toni. Nawet zwykła kałuża przydrożna ma w sobie pewną demoniczność, wytwarzającą się brakiem odpowiedniego stosunku pomiędzy jej szczupłym obszarem, który się nogą przekracza, a łudzącą głębią, której dopatrujemy wyobraźnią. Całe niebo wydaje się w toń jej rzuconym. Zmysły nasze w rozprószeniu, powstaje trwoga, aby w nią nie wpaść.

Jezioro ma w sobie coś kojącego, swojskiego; jeżeli zbyt ścieśnione, razi i przytłacza. Powstaje wtedy obraz niewoli i przymusu. Jeżeli zaś ma ujście lub jeżeli środkiem jego przepływa szerszy strumień, budzi uczucia pogodniejsze. Odzyskujemy ogniwa wiążące nas z całością świata.

Jezioro wąskie a bagniste jest nieskończenie smutnym. Pustkowie nic nie skupia rozstrzelonej wyobraźni. Co najwięcej – chwiejny kłos wodnego sitowia zatrzyma wzrok nasz, nużąc go jednostajnością swych kształtów, a trzeźwiąc wieczystą kołysanką. Powierzchnia takiej wody jest ociężałą, nieruchomą, fale krążą w koło, splątane i krótkie.

Jezioro wielkie, np. Garda, Bodeńskie, zadziwia masą wody. I odeń jednak żądamy ruchu. Jeżeli jest mętne a niebo pochmurne, wydaje się jednostajnym, głuchym, jak pustynia.

A wreszcie ty o morze! Ileż da się powiedzieć o tobie i nieskończonym bogactwie twych zjawisk! Raz jesteś sennym, pustym, osiwiałem, to znowu błękitniejesz, jak marzenie, i budzisz w nas kolejno wszystkie uczucia, aż do straszliwości. Kto może odmalować słowem twój spokój, twój blask, twoją piękność, twą wzniosłość, twój szał straszliwy! Byron cię nazywa obrazem nieskończoności, odblaskiem niewidomej mocy.

Cóż mówić wiele o morzu! Powierzchnia jego jest nieskończoną, głębia niezgłębioną, potęga nieposkromioną. Dumną budowlą człowieka, okrętem – rzuca jak skorupą orzecha po grzbiecie spienionej fali.